środa, 10 czerwca 2015

Rozdział 1 Yven

     Nastał wieczór.Tysiące gości zjechało się, i zasiadło przy stole długim na sto metrów.Na korytarzach panował tłok, a komnaty gościnne wypełnione po brzegi.Część przybyłych osiedlono w podgrodziu, ale i tam nie starczyło miejsca, więc po za miastem rozbite były liczne obozy.A on, Yven, obserwował to wszystko ze spadzistego dachu twierdzy, lichych domostw i solidnych murów grodu, przemykając cicho jak cień.Sam nim był -zwinny, elastyczny, niezauważalny.Jako jedyny na świecie posiadał taki dar.Matka Magia pobłogosławiła go jedną ze swoich zabójczych twarzy.
     Obok ucha usłyszał syk.Wężowa kobieta.
-Znów się spóźniłaś, Synthio. -skarcił ją.
-Gdzie nasza zwierzęca duszyczka? Czyżby nie dała rady wejść po murach, za pomocą swoich pazurków? -odpowiedziała z pogardą.Za jej plecami wyrwało się drugie, dłuższe i głośniejsze syknięcie.
-Magia obdarzyła cię tylko jedną zwierzęcą twarzą.Nadal się zastanawiam, czy powodem tego jest twój idiotyzm. -odcięła się Cerydwenna.
-Drogie damy, bez takich proszę.
     Dzisiejszy dzień był dla trójki łowców dniem wyjątkowym.Nie uganiali się za zwierzyną, łupami, skarbami, ludźmi i innymi rzeczami.Tego wieczoru zasiedli na dachu popijając najlepsze wino, jakie udało im się ukraść.Czekali na prezentację młodej księżniczki, która lada chwila miała być pokazana publicznie w sali tronowej.W między czasie zdążył umrzeć już jeden człowiek, jednak był to nieznaczący giermek.Pośpiesznie usuwano jego martwe ciało, chcąc je wynieść nim para królewska przybędzie.Pewnie Cera porobiła już zakłady z Flaysem.
-Hej, pamiętacie, jak się spotkaliśmy? -powiedziała Cerydwenna- To były czasy.
    Wspomnienia przywołały na początku uśmiech, lecz chwilę potem zamieniły się w zgrozę i strach.Bardzo dobrze to pamiętali; aż za dobrze.
     Zaczęło się to w zwykły dzień targowy.Kolorowe stragany wypełnione po brzegi jedzeniem stały w każdym możliwym kącie placu.Niebo przesłonione było wstążkami, stojące i duszne powietrze wprawiane było w ruch przez tańczące dziewczęta.Chłopcy, w tym młody Yven, starali się je pociągać za warkocze.Skutkowało to śmiechem, wyzwiskami i dobrą zabawą.Tak właśnie poznał Warnę -przepiękną dziewczynę o złocistych włosach.Gdy pociągnął za wstążeczkę psując fryzurę, ta nie wiadomo skąd chlusnęła wodą.Chciał ją chwycić za rękę i wyciągnąć z tłocznego placu, ale ta pod naciskiem rozprysnęła się na wszystkie strony.To był jego pierwszy kontakt z magią.Krzyknął tylko, żeby się potem spotkali, a ta pokiwała głową i poszła dalej w tan.
     Druga konfrontacja nastąpiła za zapyziałą kamienicą na przedmieściach.Tam dziewczyna mu się przedstawiła.Yven od razu spytał o wodę znikąd, i tym sposobem został wprowadzony w świat magii.Piękny, kolorowy, pełny doświadczeń i zabawy.Taki był wtedy, teraz był przerażający.
     Jako młody chłopak opanował magię światła, i władał nią jak mało kto.Warna bardzo go podziwiała, a z czasem podziw zmienił się w coś więcej.Oboje bez domu zamieszkali razem, pod dziurawym dachem opuszczonej chaty na obrzeżach miasta, w małej wsi.Tam stworzyli swój warsztat magiczny, potajemnie szkolili dzieciaki z okolicy pokazując im najprostsze zaklęcia.Po roku mieszkania, mieli tam wszystko -włącznie z masą kotów, które pewnego dnia po prostu wlazły do środka i osiadły.To było cudowne, sielskie życie.Do czasu.
     Trzy lata temu, gdy oboje mieli piętnaście wiosen, wybuchła wojna.Zapanowało bezkrólewie i bezprawie.Ludzie masowo ginęli, miasta płonęły.Waleczna Warna podjęła decyzję o rzuceniu się w wir bitew, by ratować osierocone dzieciaki, takie jak my.A ja poszedłem z nią.Ubrani w szczątki zbroi, na kradzionych koniach dojechali aż na podgrodzie.To było istne piekło.Niebo miało kolor czerwieni, poprzetykane było grubymi obłokami czarnego dymu.Wszędzie ogień i śmierć.
     Dławiąc się oparami wbiegali do domów i wynosili dzieci, tym starszym kazali je wyprowadzać za miasto bocznymi ścieżkami.Główną drogą zaś wybiegali ludzie dorośli.W tłumie słychać było krzyki: Wdarli się na zamek!Zabijają rodzinę królewską!Koniec, to koniec!
     Słysząc to, Warna skierowała na Yvena spojrzenie swoich niebieskich oczu.Oboje biegiem zerwali się w stronę pałacu Achn' Neigarp.Skakali po dachach i murach, byle szybko tam dotrzeć.Wpadli do środka przez główne drzwi.Wszędzie leżały trupy, rugijskie chorągwie pokryte krwią, a na wrotach głównej sali zatknięto cudzą flagę.Nie było czasu na strach.Kluczyli po budynku szukając głównej sali.W końcu udało się.
     Tuż przed tronem kuliła się królowa Nafrite w objęciach trzymając dzieci: małego Fransa II i Delinę I.Nad nimi stał rycerz, kierując włócznię pod gardłem monarchini.Trzęsła się ze strachu.
-Na zakładnika toć się nie przyda, boć państwo martwe -zaśmiał się- No więc co zostaje, Nafrite?
     Trzeba było coś zrobić, i to szybko.
-Yven, zajmij go.Zapewnij mi pięć minut.Błagam. -powiedziała Warna i ulotniła się.
-Hej ty! -krzyknął chłopak do rycerza- Zmierz się ze mną, jeśliś godny swego miana.
     Popatrzył się na niego podejrzliwie.
-Dobrze, smarkaczu.Jak chcesz. -prowokacja udana.Teraz tylko trochę się utrzymać przy życiu.Kupić jej czas.
     Mężczyzna rzucił włócznią z ogromnym impetem.Yven odskoczył, ciesząc się w duchu.Rycerz złapał za miecz wystający z ciała.Ciała króla.Ruszył na niego jak wicher, silnie i szybko.Chłopak bez kompletnie żadnego doświadczenia w walce, za to ze sporym w magii, oślepił go.Zdezorientowany przeciwnik przystaną na dwie sekundy.Tyle wystarczyło, by walnąć go w skroń przypadkowo znalezionym kawałkiem halabardy.Ale ten błyskawicznie obrócił się, i sparował cios.Jakież było zdziwienie Yvena, gdy rycerz w stanie nienaruszonym walnął go w twarz zakutą w stal ręką.Zatoczył się i upadł, ale nie stracił przytomności.Oddalając się na łokciach natrafił na miecz -całkiem mały i w miarę poręczny.Błyskawicznie wstał i wbił go w udo napastnika.Mężczyzna zawył, ale nie cofnął się.Zaklął szpetnie pod nosem, i runął na niego.Niezbyt skutecznie krzyżując stal Yven nie widział dla siebie perspektyw.Na szczęście z odsieczą przyszła Warna.
     Nie w wodzie skąpana, a w płomieniach, co było istnym szaleństwem.Przemianowała swój własny żywioł.Skrajnie wyczerpana zdobyła się na rzucenie kulą ognia w rycerza.Nie trafiała kilkukrotnie ze względu na obniżoną koncentrację, ale w końcu jej się udało.Człowiek palił się, wył i wrzeszczał okrutnie.
-Wasza wysokość, proszę uciekać!
     Oszołomiona królowa wraz z dziećmi, na drżących nogach wybiegła tylnymi drzwiami.Zmęczona dziewczyna osunęła się na podłogę.Yven ją złapał w połowie drogi.Przez chwilę myślał, że to zwykłe omdlenie, ale mylił się.Ulatywało z niej życie.
-Warna, proszę cię, trzymaj się! -krzyczał w płaczu.Ale ona już nie słyszała.Przed oczami miała tylko czerwono-czarne plamy.Przytulony do niej Yven trwał tak, dopóki ostatnie płomienie na Achn' Neigarp nie zgasły.Gładząc jej złociste włosy siedział w ciszy.Gdy jej klatka piersiowa opadła po raz ostatni, powiedział coś, czego nie był w stanie wymówić nigdy- Warna, nigdy nie zdążyłem ci tego powiedzieć.Kocham cię.
     Nikt nie pamiętał jego miłości.Ani Cerydwenna, ani Synthia, ani Flux czy Newis.Tylko on.Z zamyśleń wyrwał go głos Cery
-Yven?Wszystko dobrze?
-Tak.To znaczy...nie pamiętam jak się poznaliśmy.Przypomnisz mi?

***

     W końcu zjawili się.Wyszli zza dwóch zdobionych, złotych tronów na podeście.Królowa Anabella Gisel pierwsza tego imienia trzymała w rękach becik z jedwabiu i koronek, a w nim dziecko.Małe, pomarszczone, krzywiące się, o jednym oku zielonym jak trawa, a drugim brązowym jak heban.To nie wróży dobrze.Wszyscy w sali pokłonili się głęboko, czekając na słowa króla.
-Wasalowie, chorąży, i wszyscy tu zebrani. -powiedział- Trzy dni temu narodziła się moja pierwsza córka.Powitajcie ją.
     Cała sala zaczęła wiwatować, klaskać, a strażnicy pod ścianami wybili fanfary.Gdy król podniósł rękę, wszyscy ucichnęli.
-Pijcie i bawcie się teraz, a przed północą pójdziemy ją ochrzcić do kościoła.Chwała Chrystusowi, który zbawił świat!
-Amen! -odkrzyknęli wszyscy, choć niejeden krzyczał z obrzydzeniem.
     Król Rugii przyjął chrześcijaństwo ze względu na układy polityczne.Chrystianizacja przebiegła pomyślnie -tak mu się przynajmniej wydawało.Tymczasem słowiańskie społeczeństwo czczące Peruna, Welesa, Mokosz i innych bogów, nadal potajemnie organizowało schadzki, modlitwy.Do serca nikt nie przyjął krwawiącego zbawiciela z pustyni; ten, kto to zrobił, zostawał wygnany z wioski.Wtedy ich los najczęściej kończył się w habicie.
     Jednak ludzie jeszcze bardziej brzydzili się magów, ściślej tych "ciemniejszych".Wszelaka magia cienia, strachu, nocy, burzy, iluzji czy niektóre twarze zwierzęce takie jak wężowa, szczurza, a najbardziej smocza, były tępione..Ale magowie-medycy, znachorzy czy o innych twarzach są traktowani jak błogosławieństwo.Każdy ma swoje dziwactwa i granice tolerancji.
     Chwilę przed północą z pałacu wyszedł orszak: czterech strażników, następnie złota kołyska na kołach z dzieckiem w środku, potem para królewska, znowu strażnicy, a na końcu cały zastęp wasali, chorążych i poddanych.Wszyscy szli do ciasnego kościoła po środku grodu.Trójka łowców ześlizgnęła się po dachówkach, przebiegła po murach, basztach, chatach ze strzechą, aż natrafili na dach świątyni.Wślizgnęli się przez otwarte okno, i czekali za krzyżem: cień, wąż i kruk.Gdy wszyscy byli już na swoich miejscach -to znaczy gdziekolwiek popadnie, byleby zrobić przejście dla królewskiej rodziny- kapłan zaczął odmawiać modlitwy nad dzieckiem.Teraz najciekawsze, czas imienia.
-Jak Wasza Wysokość pragnie nazwać córkę? -rzekł nieśmiało.
-Księżniczka Visenna, pierwsza tego imienia. -odpowiedział król.Gdy kapłan miał wylać na głowę dziecka wodę święconą, stało się coś nieoczekiwanego.
     Królowa rzuciła się w jej stronę, porywając z kołyski.
-Czy tego pragniecie?Wytępienia naszej rodzimej wiary? -krzyczała zrozpaczona.- Ja nie pozwolę, by dziecię z mojego łona było częścią tego bestialstwa!
     Przytuliła zawiniątko do siebie i chciała uciec przez boczne drzwi, jednak strażnicy zagrodzili jej drogę.
-Annabello, co ty wyrabiasz?!
     Setki mieczy i włóczni powędrowało tuż pod gardło przerażonej władczyni.Nie jest zbyt ciekawie.Cień swoimi ledwie widocznymi oczami spojrzał w stronę kruka i węża.Zaraz ją przebiją.Wchodzimy.

***
     Jakie było przerażenie ludzi, gdy zza krzyża wyskoczyły trzy postacie, dewastując ołtarz i łamiąc go w pół, wzniecając gipsowe obłoki.Na widok kobiety o zielonych łuskach węża kapłan zemdlał, a gdy zasyczała, na ziemię osunęły się wszystkie damy niżej i wyżej urodzone.Człowiek-cień wzbudził duże poruszenie i strach swymi czarnymi jak smoła oczami, a strzepująca krucze pióra z głowy dziewczyna wywołała pomruki śmiechu.
-Cera, łap królową i dziecko! -krzyknął Yven.
     Zaczęła się krwawa jatka.Wężowa kobieta syczała i pluła jadem, rozpruwała dwoma mieczami każde napotkane ciało.Przeraźliwie chuda i blada twarz skutecznie odstraszała każdego, kto jej wcześniej nie widział.Długi, cienki, różowy język wił się po jej twarzy w szalonym tańcu, gdy się śmiała.Yven cień rozkładał kilkunastu ludzi na łopatki za jednym zamachem, przenikając przez podłogę, ściany, sufit.Czarne oczy nieustannie zmieniały położenie.Ciemne dłonie rzucały nożami w każdą stronę świata.Strażnicy, żołnierze, i szlachcice pierzchali jak mysz do nory, niektórzy z nich cucili swe małżonki i inne damy.Cera pazurami lwa rozdrapywała twarze, broniąc królową.Jeden z rycerzy zarzucił na swe lico stalową maskę, jednak porządny koński kopniak unicestwił go.Gdy wydało się pozornie bezpiecznie, trójka łowców zbliżyła się ku kobiecie siedzącej na ziemi.
-Dziękuję -powiedziała drżącym głosem- Chrońcie Visennę, nie dajcie jej zginąć.I mnie wkrótce zetną lub spalą.Niech wola bogów się dzieje, byleby moja córka przetrwała! -podała Cerze zawiniątko- Jesteście magami ale nie potępiam tego.Macie dobre dusze.Uratujcie ją.Dajcie jej magiczny chrzest.Naucz jej sztuki magii Cerydwenno, jakąkolwiek by otrzymała.
-Dlaczego ja? - właśnie, dlaczego Cera, a nie najlepszy mag jaki istnieje?Mogła kazać takiego znaleźć, ale wybrała właśnie ją.
     Królowa nie zdążyła odpowiedzieć.Jej gardło przebiła czarna, rzeźbiona włócznia.Rzucił ją niedobitek z bitwy, umazany krwią, ledwo trzymający się na nogach.Cera wykrzyczała pytanie jeszcze raz.Kobieta ostatkiem sił dotknęła jej oczu, chcąc powiedzieć 'przez nie', jednak zamiast tego powiedziała tylko
-Chrońcie ją -spoglądając w różnobarwne tęczówki Cerydwenny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz