czwartek, 11 czerwca 2015

Rozdział 2 Nimfa

     Zwano ją Nimfą, bo nie nadano jej prawdziwego imienia.Jest tylko służką natury.Wraz z kilkudziesięcioma siostrami krwi żyje w lesie -każda z nich ma zieloną skórę, skrzącą się białym blaskiem, naloty z łusek na ramionach i szyi, czasem nawet na brzuchu.Zielone, niebieskie lub złote włosy spływają im po ramionach aż do pasa.Odziane są w zieleń lub całkiem nagie.Takie właśnie były jej siostry; ale nie ona.
     Jasna, prawie biała skóra -ludzka.Tylko zielone pukle lasu, przejawy szmaragdowych łusek na plecach i pochodzenie zachowały jej życie.Matką była Andariena, przywódczyni Córek Żywiołów wody, roślin i powietrza.Z tego powodu Nimfa rozkoszowała się świeżym powietrzem już piętnastą wiosnę.Nie otrzymała magicznego chrztu, z którego formalnie wynikłoby nad czym panuje, ale jej lodowate oczy to zdradzały; każdy o tym wiedział.
     Cały czas była piętnowana ze względu na kolor skóry i brak magii.Pomiatano nią, bito, i uprzykrzano życie za plecami Andarieny.Ukrywała to, by nie zdenerwować żadnej z sióstr.Dobrze pamięta dzień, w którym otrzymała poprzeczną pręgę na twarzy.
-Sprawdźmy, ile przeżyje pół-człowiek bez dotykania ziemi -powiedziała Varia zakręcając blond pasmo na palcu.A potem rzuciła czar na wszystkie rośliny ziemne, aby chwytały i dusiły Nimfę za każdym razem, gdy próbowała zbliżyć się do gruntu.Spędziła tak długie tygodnie, do perfekcji opanowując sztukę wspinaczki.Musiało minąć sporo czasu, nim znalazła sposób.
     Ostrożnie zeszła z drzewa.Paprocie już wyciągały po nią swe macki, jednak ona rzuciła w nie tysiącami odłamków lodu.Trawa próbowała ją pochwycić, jednak Nimfa zamroziła cały jej pas.Oset starał się wspiąć po łydkach, jednak ona wbiła w niego sople lodu.W przypływie gniewu kolorowe kwiaty zmieniły kolor na jasnoniebieski, za jednym jej życzeniem.Varia nie była z tego zbyt zadowolona, toteż w mgnieniu oka odnalazła pół-człowieka, i sztyletem rozpłatała jej skórę -od lewego policzka, przez środek nosa, aż po prawy policzek.Została po tym długa, różowa smuga, przypominająca o posłuszeństwie.
     Od tamtej pory Nimfa nigdy się nie sprzeciwiła, choć minęło już tyle lat.Jej głowę zaprzątały marzenia o wolności, innym świecie i wyrwaniu się z tego lasu.Na domiar złego otrzymała najgorszą możliwą funkcję do spełnienia -miała wabić ludzi głęboko w bagna, gdzie dopadały ich jej siostry, rusałki.Zawsze, gdy nadarzył się jakiś wędrowiec nie oglądała się za siebie.Ani wtedy, gdy zapatrzony w zielone włosy i bladą skórę pędził co sił, ani też gdy wpadał w toń, zabijany przez nagie kobiety.
     Jej matka nigdy nie interesowała się losem córki.Jako tak ważna osobistość okryła się hańbą, sypiając z człowiekiem, i wydając na świat dziecko z łona.Bowiem w świecie natury i magii, owianym tajemniczością, narodziny dziecka wyglądały zupełnie inaczej, niż w tym ludzkim.Tutaj należało pójść do wieszczki w samym środku boru i spytać, gdzie można znaleźć Dziecięce Ziarno.Jeżeli ta uzna cię za godnego rodzica, wskaże miejsce.Potem trzeba szukać pulsującej światłem drobinki, następnie nosić przy sercu przez trzy dni, a na samym końcu zakopać w specjalnym, bezpiecznym gaju, i odczekać dziewięć miesięcy.Po takim czasie z korony drzewa wyłoni się zawiniątko w liściach, płaczące i stękające.Ten gatunek nie znał miłości damsko-męskiej, a jedynie matczyną.
     Pewnego dnia, gdy Nimfa siedziała na skraju lasu, czekając na kolejną ofiarę, pierwszy raz w życiu spostrzegła mężczyznę, a raczej chłopaka.Wysoki, blady jak ona, z kruczoczarnymi włosami i oczami, ubrany jedynie w czerń i żelazną siatkę.Wymachiwał kawałkiem skały, może stali, kto wie co to było? Jednocześnie przemykał się tam i ówdzie, znikał i pojawiał się, jak cień.Dzięki swojemu wysiłkowi zdobył cały wóz pełen tobołków.Po chwili zaczął iść w jej stronę.Spanikowała, i skryła się kawałek dalej, za drzewem.Gdy młodzieniec doprowadził konia z wozem bliżej, usiadł w tym samym miejscu co ona poprzednio.W zdziwieniu zupełnie zapomniała się, i wyszła na ścieżkę, a on ją zobaczył.Oczy mu się zaskrzyły, pojaśniały, a na twarz wstąpiła błogość.Nimfa błagała go, żeby przestał, machała rękami, zaprzeczała, nawet pokryła się cała lodem, by go nie wabić, ale nic z tego.W akcie desperacji posłała ku niemu buch lodowatej pary, i sama zniknęła za obłokiem.Na jej nieszczęście Varia to widziała, i nie omieszkała ponowić blizny.Już dość.
     Gdy blizna jeszcze krwawiła, Nimfa udała się do Andarieny na skargę.Ręce jej się trzęsły, gdy była co raz bliżej tronu, usta drgały bez kontroli, mrugała nerwowo.Wylegujące się obok kobiety o niebieskiej skórze patrzyły na nią ze zdziwieniem i pogardą.Stanęła niemalże pod tronem, i chciała zacząć, jednak z jej ust wyrwał się krótki jęk.Za plecami słychać było chichot i śmiech.Zaczęło gromadzić się co raz więcej stworzeń tworząc gruby pierścień, aż w końcu zdobyła się na odwagę.
-Matko, Andarieno -kobieta siedząca na drzewnym tronie, okryta skórami skrzywiła się, słysząc to- Nigdy się do ciebie nie odzywałam, bojąc się twej reakcji, ale jestem.Pierwszy raz od piętnastu wiosen.Zechciej mnie wysłuchać. -skinęła głową na znak pozwolenia- Czy widzisz pręgę na mojej twarzy, i sączącą się z niej krew?To uczyniła Varia. -w tłumie przebiegł szmer niezadowolenia, ale zostali uciszeni.
-Sprzeciw! Ta maszkara, pół-nimfa kłamie!Nie zrobiłam jej tego! -wykrzyknęła blond włosa dziewczyna.
-Jaki masz na to dowód? -Nimfa w przypływie wszystkiego nie zdążyła niczego przygotować.Jednak jej błyskotliwa natura dopomogła.
-Matko, zezwól na egzekucję sprawiedliwości.
     Nimfy zaczęły wykrzykiwać obelgi, rusałki były oburzone, sylfidy wprawiały w ruch martwe dotychczas powietrze, zapanował ogólny chaos.Andariena podniosła rękę.
-Tak się stanie.
     Obie dziewczyny pochwyciły pnącza wyrastające spod ziemi, oplatając je.Na Varii zacisnęły się pewnie i mocno, ale te na przeciwniczce bały się chłodu i lekko zawisły.Oczy sądzącej władczyni zapłonęły krwawym blaskiem.Jej usta, włosy i łuski zabarwiły się na czerwono.Po chwili przemówiła
-W obliczu wszystkich tu zebranych i samej Matki Natury, przyrzeknijcie mówić prawdę.Inaczej z miejsca zginiecie. -gdy pokiwały głowami, mówiła dalej- Niejaka...Nimfa, oskarża Varię o uczynienie blizny na twarzy.Ta temu zaprzecza.Nasza Matko, sprawiedliwa i czysta, osądź je według swojej woli.
     Wyrok był wiadomy.Blondwłosa kobieta wyzionęła ducha, ściskana przez kolczaste ciernie.Wykrwawiając się przeklinała Nimfę, jej życie, czyny, i poprzysięgła zemstę.Choć krzyczała przekonująco, nic się nie spełniło przez najbliższy rok.
     Po stracie jednej z cór, Andariena pogrążyła się w żałobie.Zadręczała się myślą, że zezwoliła na sąd.Szepty lasu niosły plotki, jakoby ta miała udać się do wieszczki po nowe ziarno.Starucha natomiast powiedziała jej coś niezadowalającego:
     "Jedno zostało nieodchowane, zmieszane z błotem i zdeptane.Jego serce pokryło się rzadkim darem wprost od Derhan, bogini zapomnianych, nie od ciebie.Ziarno, choć małe i niepozorne, odrodzi się w pełni sił i zedrze z ciebie skórę, następnie poniży w cierpieniu.To będzie koniec twojej krwi.Nastąpi wiek Renifera."
     Oczywiście nie otrzymała tego, po co przyszła.W szale zamknęła bramy lasu, a każdy, kto próbował wejść lub wyjść tracił głowę, niezależnie od gatunku.Od ówczesnego dnia Andariena nadal płonęła szkarłatem.Nikt nie odważył się do niej podejść.To już przeszło rok, jak siedzi bez ruchu, zapewne analizując słowa przepowiedni.Codziennie wysyła pięć wojowniczek, by zabiły ziarno -Nimfę.Nie powróciła żadna, z wyjątkiem kilku niosących wiadomość pokojową.
     Ostatnio do niej nadesłane zostało dziecko.Mała sylfida, przerażona i bezbronna.Z trudem wyjąkała do zielonowłosej kobiety siedzącej na drzewie treść: "Nie liczę na to, że się poddasz.Sumiennie zabijasz moje wojowniczki.Wiedz, że cię znajdę i dopadnę osobiście.".Po tym dziewczynka rozpłakała się i usiadła drżąc.Nimfa nie miała serca odesłać ją z powrotem.Takim sposobem uzyskała pierwszą towarzyszkę od wielu dni.Po jakimś czasie, wesołą i pogodną dziewuszkę odesłała z wiadomością.
     Tak właśnie, po raz pierwszy od dawna, spotkała się z prześladowczynią.Andariena w płaszczu ze skór zwierzęcych zawitała do jej zakątka, omiatając spojrzeniem każdy cal.
-Jak ci się tu podoba, pogardliwa matko? -powiedziała Nimfa, wskazując stosy ciał.Kobieta z obrzydzeniem i jednoczesnym smutkiem popatrzyła się na swoje martwe córki, które wysyłała by ją zabić.- Nauczyłam się sztuki wabienia, zmylania, wspinaczki i walki dzięki Varii -splunęła- A raczej przez nią.Twoje wojowniczki nie miały szans.-zeskoczyła na ziemię- Przyznam, że zajęło ci trochę czasu, nim potwierdziłaś swoje groźby przybycia.
-Żałuję, że nie zabiłam cię wraz z dniem narodzin.Już przy poczęciu sprawiłaś mi wile bólu, a teraz jawnie wbijasz mi nóż w serce.Córki -brać ją!
     Tymczasem Nimfa tylko na to czekała.Stuknięciem piętą o podłoże obróciło wszystkie kobiety w bryły lodu, wprawiając je w bezruch i oszołomienie.Gdy ostatnie buchy pary z ich ust ulotniły się, przemówiła
-Teraz jesteśmy same.Pokaż mi siłę królowej -powiedziała prowokacyjnie- Zrań mnie, przetnij, zabij.
     Andariena zrzuciła z siebie skóry, odsłaniając ciało.Nie było smukłe i ładne, ale otłuszczone i poprzecinane rozstępami.To już był dla niej wyczyn.Przełknęła łzy, i rzuciła się do ataku.
     Za technikę obrała sobie tworzenie bagien, topielisk i ruchomego gruntu.Byłoby to mądre, gdyby nie fakt, iż Nimfa była obdarzona lodowym talentem.Bez większego wysiłku zamroziła wszystkie wodne twory, i odparła natarcie.Na ręce uplotła miecz z lodu -zimny, szybki i ostry.Niech ucieka tak, jak ja przed Varią.Królowa zaczęła biec co raz dalej i dalej w głąb lasu, w kierunku swojego tronu.Wprawiała korzenie roślin w ruch, utrudniając pościg, choć nieznacznie.
     Koniec drogi równał się końcowi litości.Nimfa zamroziła podłoże, i Andariena runęła na twarz.Młoda pół-ludzka dziewczyna z lodowatym ostrzem podeszła bliżej, wprawiając z dygotanie przeciwniczkę.
-Matka i córka, co? -powiedziała ze smutkiem w głosie i uśmiechem na twarzy- No to bądźmy, jak matka i córka. -przejechała mieczem po głowie kobiety.Od lewego policzka, przez nos, aż do prawego policzka.Dwa razy.- To, co właśnie uczyniłam jest niczym, w porównaniu do odrzucenia przez matkę, szykanowania i poniżania przez piętnaście lat...ale to, co zrobię, może być czymś podobnym. -i wbiła jej lód w gardło.Gorąca krew nie zdołała roztopić ostrza podtrzymywanego magią.
     Nimfa dopiero teraz ocknęła się z tego wszystkiego.Cała w czerwonej cieczy, częściowo pokryta szronem stała przed tronem, a zza drzew wyglądały twarze.Młodsze, starsze, lub zupełnie pomarszczone.Płaczące, przestraszone lub zdziwione.Na drżących nogach podeszła do stosu futer, pozostałych po Andarienie, zasiadła, i okryła się nimi.To moment, kiedy trzeba coś wyjaśnić.
-Nie oczekuję, że mnie zaakceptujecie i będziecie tolerować.Wiem, że część z was, o ile nie wszyscy, udacie się na południe Lasu.Nie zdziwi mnie, jeżeli będziecie próbowali zabić pół-człowieka z darem lodu. -z szeroko otwartymi oczami i uśmiechem na twarzy dodała- Ale jestem waszą królową, i to ja wami rządzę.Więc teraz przemawiam: kto chce, niech odejdzie w tym momencie.Wiedzcie też, że powrotu nie będzie.
     Tłum się znacznie poruszył.Wydawałoby się, że wszyscy odchodzą, jednak oni tylko rozstępowali się.Na wprost Nimfy stanęła sama wieszczka.Starucha pokryta mchem, porostami, korzeniami i skałami trzymała w rękach okazałą czaszkę.Pomarszczone ręce wyglądały jakby zaraz miały odpaść, a oczy sprawiały wrażenie pustych i ślepych.Nogi były powykrzywiane i suche.Kręgosłup sterczał z pleców jak góry wystają z ziemi.
-Dlaczego nas zaszczycasz? -padła na kolana królowa.Szepty kobiet sugerowały, że ta nie poruszyła się od czasów koronacji Andarieny, czyli około dwustu lat temu.Zagadką pozostaje do dziś, w jaki sposób się porusza.
-Przeżyłam dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć monarchiń -wysapała- Wskazywałam gdzie znajdą ziarna, jak dorastają, uczą się i władają. -stare policzki zapadały się co raz głębiej przy każdym słowie.- Przyszedł i czas na ciebie.
     Powlokła nogami z trudem, i włożyła na głowę Nimfy czaszkę renifera, i uklękła.
-Padnijmy przed tysięczną monarchinią Córek Żywiołów wody, roślin i powietrza, Nerhan, drugą tego imienia.
     Na dźwięk tych wyrazów Nimfa błyskawicznie podniosła się.Mam imię.Łzy spłynęły po jej policzkach, roztapiając warstewkę szronu.Jej dusza zapłonęła.Uniosła ręce do góry, i cały lód starła z powierzchni lasu.Opuszczając głowę pokłoniła się głęboko, dziękując wieszczce.Lekko pijana swym szczęściem, spytała kim była pierwsza Nerhan.
-To ja -odparła starucha.Zaraz po tym osunęła się na ziemię, siejąc ziarno tajemnicy na zawsze pozostawione bez odpowiedzi.

***
     Wizja zniknęła tak samo szybko, jak się pojawiła.Rozmyte strzępki przewidzenia jeszcze zaprzątały jej głowę.Jaka Nerhan?Jestem Nimfa, służka natury.To, co przed chwilą ukazały jej oczy było tak samo wyraźne jak nierealne, bowiem teraz stała przed nią dziewczyna.Srebrnowłosa, całkiem wysoka i młoda.
-Lasem nie może władać dziecko, chyba wszyscy się zgodzimy? - Jawna prowokacja, co?Niech sobie nie myśli.Usiądę na tronie na złość.- Uważam, że powinnyśmy dokonać wyboru.Jako wystarczająco dojrzała córka Andarieny Awinf Efr Trahn, Andarieny Poległej Pod Tronem, jestem pretendentką do korony.Znacie mnie dobrze, wiecie, że byłam najjaśniejszym ziarnem, które matka tak kochała.Pomagam słabszym, uczę się szybko, mówię biegle w naszym rodowitym języku, a nawet w leśnej mowie.Tak, tak, nauczyła mnie jej królowa, gdy byłam zupełnie mała.Wniosek jest prosty -przekazywała mi taką wiedzę, bym później zasiadła na tronie.-widocznie zadowolona umilkła.Przez tłum przebiegł szmer potakiwania i ogólnej aprobaty.
-No cóż, nie chcecie mnie, racja.Też nie akceptowałabym bękarta na tronie, na którym właśnie siedzę.Jednakże -to ja go zdobyłam.I będę zasiadać tutaj do momentu, który uważam za stosowny.Jestem krwią z krwi Andarieny, co poradzę. -wzruszyła ramionami z uśmieszkiem na twarzy.
     Zapadła długa, męcząca cisza.W końcu ktoś rozpoczął
-Splugawiłaś jej ciało.Męczyłaś prawie rok. -ton podwyższył się- Rozorałaś je, zniekształciłaś. -teraz już krzyczała -A na samym końcu pozbawiłaś życia.Matkobójczyni! -inni również podjęli krzyk.Nie będziesz sobie na to pozwalać, dziewko.Nimfa wyłapała głos z tłumu, i skierowała tam swoje lodowate, przerażające oczy.W oka mgnieniu kobieta stała się lodową bryłą.
-Raniliście mnie piętnaście lat.Srogo zapłacicie. -głos jej się widocznie zmienił.Był teraz złowrogi.Nie mój.- Przez piętnaście miesięcy nastanie zima.Wasza ziemia nie wyda plonu, nie zakwitnie.Drzewa zaczną obumierać, ich wnętrza spróchnieją, ale będą trwać na pamiątkę.Skała rozkruszy się pod naciskiem dłoni, wszelka woda zamarznie.Ponadto spadnie na was zamieć i śnieg.Nawiedzi was śmierć.Będziecie padać jak jętki majowe.Z dnia na dzień co raz więcej i więcej.A na tronie nie zasiądzie już nikt.Macie słowo bogini Derhan. -To właśnie moja prawdziwa, jedyna matka, tak -pomyślała, i padła wyczerpana.

środa, 10 czerwca 2015

Rozdział 1 Yven

     Nastał wieczór.Tysiące gości zjechało się, i zasiadło przy stole długim na sto metrów.Na korytarzach panował tłok, a komnaty gościnne wypełnione po brzegi.Część przybyłych osiedlono w podgrodziu, ale i tam nie starczyło miejsca, więc po za miastem rozbite były liczne obozy.A on, Yven, obserwował to wszystko ze spadzistego dachu twierdzy, lichych domostw i solidnych murów grodu, przemykając cicho jak cień.Sam nim był -zwinny, elastyczny, niezauważalny.Jako jedyny na świecie posiadał taki dar.Matka Magia pobłogosławiła go jedną ze swoich zabójczych twarzy.
     Obok ucha usłyszał syk.Wężowa kobieta.
-Znów się spóźniłaś, Synthio. -skarcił ją.
-Gdzie nasza zwierzęca duszyczka? Czyżby nie dała rady wejść po murach, za pomocą swoich pazurków? -odpowiedziała z pogardą.Za jej plecami wyrwało się drugie, dłuższe i głośniejsze syknięcie.
-Magia obdarzyła cię tylko jedną zwierzęcą twarzą.Nadal się zastanawiam, czy powodem tego jest twój idiotyzm. -odcięła się Cerydwenna.
-Drogie damy, bez takich proszę.
     Dzisiejszy dzień był dla trójki łowców dniem wyjątkowym.Nie uganiali się za zwierzyną, łupami, skarbami, ludźmi i innymi rzeczami.Tego wieczoru zasiedli na dachu popijając najlepsze wino, jakie udało im się ukraść.Czekali na prezentację młodej księżniczki, która lada chwila miała być pokazana publicznie w sali tronowej.W między czasie zdążył umrzeć już jeden człowiek, jednak był to nieznaczący giermek.Pośpiesznie usuwano jego martwe ciało, chcąc je wynieść nim para królewska przybędzie.Pewnie Cera porobiła już zakłady z Flaysem.
-Hej, pamiętacie, jak się spotkaliśmy? -powiedziała Cerydwenna- To były czasy.
    Wspomnienia przywołały na początku uśmiech, lecz chwilę potem zamieniły się w zgrozę i strach.Bardzo dobrze to pamiętali; aż za dobrze.
     Zaczęło się to w zwykły dzień targowy.Kolorowe stragany wypełnione po brzegi jedzeniem stały w każdym możliwym kącie placu.Niebo przesłonione było wstążkami, stojące i duszne powietrze wprawiane było w ruch przez tańczące dziewczęta.Chłopcy, w tym młody Yven, starali się je pociągać za warkocze.Skutkowało to śmiechem, wyzwiskami i dobrą zabawą.Tak właśnie poznał Warnę -przepiękną dziewczynę o złocistych włosach.Gdy pociągnął za wstążeczkę psując fryzurę, ta nie wiadomo skąd chlusnęła wodą.Chciał ją chwycić za rękę i wyciągnąć z tłocznego placu, ale ta pod naciskiem rozprysnęła się na wszystkie strony.To był jego pierwszy kontakt z magią.Krzyknął tylko, żeby się potem spotkali, a ta pokiwała głową i poszła dalej w tan.
     Druga konfrontacja nastąpiła za zapyziałą kamienicą na przedmieściach.Tam dziewczyna mu się przedstawiła.Yven od razu spytał o wodę znikąd, i tym sposobem został wprowadzony w świat magii.Piękny, kolorowy, pełny doświadczeń i zabawy.Taki był wtedy, teraz był przerażający.
     Jako młody chłopak opanował magię światła, i władał nią jak mało kto.Warna bardzo go podziwiała, a z czasem podziw zmienił się w coś więcej.Oboje bez domu zamieszkali razem, pod dziurawym dachem opuszczonej chaty na obrzeżach miasta, w małej wsi.Tam stworzyli swój warsztat magiczny, potajemnie szkolili dzieciaki z okolicy pokazując im najprostsze zaklęcia.Po roku mieszkania, mieli tam wszystko -włącznie z masą kotów, które pewnego dnia po prostu wlazły do środka i osiadły.To było cudowne, sielskie życie.Do czasu.
     Trzy lata temu, gdy oboje mieli piętnaście wiosen, wybuchła wojna.Zapanowało bezkrólewie i bezprawie.Ludzie masowo ginęli, miasta płonęły.Waleczna Warna podjęła decyzję o rzuceniu się w wir bitew, by ratować osierocone dzieciaki, takie jak my.A ja poszedłem z nią.Ubrani w szczątki zbroi, na kradzionych koniach dojechali aż na podgrodzie.To było istne piekło.Niebo miało kolor czerwieni, poprzetykane było grubymi obłokami czarnego dymu.Wszędzie ogień i śmierć.
     Dławiąc się oparami wbiegali do domów i wynosili dzieci, tym starszym kazali je wyprowadzać za miasto bocznymi ścieżkami.Główną drogą zaś wybiegali ludzie dorośli.W tłumie słychać było krzyki: Wdarli się na zamek!Zabijają rodzinę królewską!Koniec, to koniec!
     Słysząc to, Warna skierowała na Yvena spojrzenie swoich niebieskich oczu.Oboje biegiem zerwali się w stronę pałacu Achn' Neigarp.Skakali po dachach i murach, byle szybko tam dotrzeć.Wpadli do środka przez główne drzwi.Wszędzie leżały trupy, rugijskie chorągwie pokryte krwią, a na wrotach głównej sali zatknięto cudzą flagę.Nie było czasu na strach.Kluczyli po budynku szukając głównej sali.W końcu udało się.
     Tuż przed tronem kuliła się królowa Nafrite w objęciach trzymając dzieci: małego Fransa II i Delinę I.Nad nimi stał rycerz, kierując włócznię pod gardłem monarchini.Trzęsła się ze strachu.
-Na zakładnika toć się nie przyda, boć państwo martwe -zaśmiał się- No więc co zostaje, Nafrite?
     Trzeba było coś zrobić, i to szybko.
-Yven, zajmij go.Zapewnij mi pięć minut.Błagam. -powiedziała Warna i ulotniła się.
-Hej ty! -krzyknął chłopak do rycerza- Zmierz się ze mną, jeśliś godny swego miana.
     Popatrzył się na niego podejrzliwie.
-Dobrze, smarkaczu.Jak chcesz. -prowokacja udana.Teraz tylko trochę się utrzymać przy życiu.Kupić jej czas.
     Mężczyzna rzucił włócznią z ogromnym impetem.Yven odskoczył, ciesząc się w duchu.Rycerz złapał za miecz wystający z ciała.Ciała króla.Ruszył na niego jak wicher, silnie i szybko.Chłopak bez kompletnie żadnego doświadczenia w walce, za to ze sporym w magii, oślepił go.Zdezorientowany przeciwnik przystaną na dwie sekundy.Tyle wystarczyło, by walnąć go w skroń przypadkowo znalezionym kawałkiem halabardy.Ale ten błyskawicznie obrócił się, i sparował cios.Jakież było zdziwienie Yvena, gdy rycerz w stanie nienaruszonym walnął go w twarz zakutą w stal ręką.Zatoczył się i upadł, ale nie stracił przytomności.Oddalając się na łokciach natrafił na miecz -całkiem mały i w miarę poręczny.Błyskawicznie wstał i wbił go w udo napastnika.Mężczyzna zawył, ale nie cofnął się.Zaklął szpetnie pod nosem, i runął na niego.Niezbyt skutecznie krzyżując stal Yven nie widział dla siebie perspektyw.Na szczęście z odsieczą przyszła Warna.
     Nie w wodzie skąpana, a w płomieniach, co było istnym szaleństwem.Przemianowała swój własny żywioł.Skrajnie wyczerpana zdobyła się na rzucenie kulą ognia w rycerza.Nie trafiała kilkukrotnie ze względu na obniżoną koncentrację, ale w końcu jej się udało.Człowiek palił się, wył i wrzeszczał okrutnie.
-Wasza wysokość, proszę uciekać!
     Oszołomiona królowa wraz z dziećmi, na drżących nogach wybiegła tylnymi drzwiami.Zmęczona dziewczyna osunęła się na podłogę.Yven ją złapał w połowie drogi.Przez chwilę myślał, że to zwykłe omdlenie, ale mylił się.Ulatywało z niej życie.
-Warna, proszę cię, trzymaj się! -krzyczał w płaczu.Ale ona już nie słyszała.Przed oczami miała tylko czerwono-czarne plamy.Przytulony do niej Yven trwał tak, dopóki ostatnie płomienie na Achn' Neigarp nie zgasły.Gładząc jej złociste włosy siedział w ciszy.Gdy jej klatka piersiowa opadła po raz ostatni, powiedział coś, czego nie był w stanie wymówić nigdy- Warna, nigdy nie zdążyłem ci tego powiedzieć.Kocham cię.
     Nikt nie pamiętał jego miłości.Ani Cerydwenna, ani Synthia, ani Flux czy Newis.Tylko on.Z zamyśleń wyrwał go głos Cery
-Yven?Wszystko dobrze?
-Tak.To znaczy...nie pamiętam jak się poznaliśmy.Przypomnisz mi?

***

     W końcu zjawili się.Wyszli zza dwóch zdobionych, złotych tronów na podeście.Królowa Anabella Gisel pierwsza tego imienia trzymała w rękach becik z jedwabiu i koronek, a w nim dziecko.Małe, pomarszczone, krzywiące się, o jednym oku zielonym jak trawa, a drugim brązowym jak heban.To nie wróży dobrze.Wszyscy w sali pokłonili się głęboko, czekając na słowa króla.
-Wasalowie, chorąży, i wszyscy tu zebrani. -powiedział- Trzy dni temu narodziła się moja pierwsza córka.Powitajcie ją.
     Cała sala zaczęła wiwatować, klaskać, a strażnicy pod ścianami wybili fanfary.Gdy król podniósł rękę, wszyscy ucichnęli.
-Pijcie i bawcie się teraz, a przed północą pójdziemy ją ochrzcić do kościoła.Chwała Chrystusowi, który zbawił świat!
-Amen! -odkrzyknęli wszyscy, choć niejeden krzyczał z obrzydzeniem.
     Król Rugii przyjął chrześcijaństwo ze względu na układy polityczne.Chrystianizacja przebiegła pomyślnie -tak mu się przynajmniej wydawało.Tymczasem słowiańskie społeczeństwo czczące Peruna, Welesa, Mokosz i innych bogów, nadal potajemnie organizowało schadzki, modlitwy.Do serca nikt nie przyjął krwawiącego zbawiciela z pustyni; ten, kto to zrobił, zostawał wygnany z wioski.Wtedy ich los najczęściej kończył się w habicie.
     Jednak ludzie jeszcze bardziej brzydzili się magów, ściślej tych "ciemniejszych".Wszelaka magia cienia, strachu, nocy, burzy, iluzji czy niektóre twarze zwierzęce takie jak wężowa, szczurza, a najbardziej smocza, były tępione..Ale magowie-medycy, znachorzy czy o innych twarzach są traktowani jak błogosławieństwo.Każdy ma swoje dziwactwa i granice tolerancji.
     Chwilę przed północą z pałacu wyszedł orszak: czterech strażników, następnie złota kołyska na kołach z dzieckiem w środku, potem para królewska, znowu strażnicy, a na końcu cały zastęp wasali, chorążych i poddanych.Wszyscy szli do ciasnego kościoła po środku grodu.Trójka łowców ześlizgnęła się po dachówkach, przebiegła po murach, basztach, chatach ze strzechą, aż natrafili na dach świątyni.Wślizgnęli się przez otwarte okno, i czekali za krzyżem: cień, wąż i kruk.Gdy wszyscy byli już na swoich miejscach -to znaczy gdziekolwiek popadnie, byleby zrobić przejście dla królewskiej rodziny- kapłan zaczął odmawiać modlitwy nad dzieckiem.Teraz najciekawsze, czas imienia.
-Jak Wasza Wysokość pragnie nazwać córkę? -rzekł nieśmiało.
-Księżniczka Visenna, pierwsza tego imienia. -odpowiedział król.Gdy kapłan miał wylać na głowę dziecka wodę święconą, stało się coś nieoczekiwanego.
     Królowa rzuciła się w jej stronę, porywając z kołyski.
-Czy tego pragniecie?Wytępienia naszej rodzimej wiary? -krzyczała zrozpaczona.- Ja nie pozwolę, by dziecię z mojego łona było częścią tego bestialstwa!
     Przytuliła zawiniątko do siebie i chciała uciec przez boczne drzwi, jednak strażnicy zagrodzili jej drogę.
-Annabello, co ty wyrabiasz?!
     Setki mieczy i włóczni powędrowało tuż pod gardło przerażonej władczyni.Nie jest zbyt ciekawie.Cień swoimi ledwie widocznymi oczami spojrzał w stronę kruka i węża.Zaraz ją przebiją.Wchodzimy.

***
     Jakie było przerażenie ludzi, gdy zza krzyża wyskoczyły trzy postacie, dewastując ołtarz i łamiąc go w pół, wzniecając gipsowe obłoki.Na widok kobiety o zielonych łuskach węża kapłan zemdlał, a gdy zasyczała, na ziemię osunęły się wszystkie damy niżej i wyżej urodzone.Człowiek-cień wzbudził duże poruszenie i strach swymi czarnymi jak smoła oczami, a strzepująca krucze pióra z głowy dziewczyna wywołała pomruki śmiechu.
-Cera, łap królową i dziecko! -krzyknął Yven.
     Zaczęła się krwawa jatka.Wężowa kobieta syczała i pluła jadem, rozpruwała dwoma mieczami każde napotkane ciało.Przeraźliwie chuda i blada twarz skutecznie odstraszała każdego, kto jej wcześniej nie widział.Długi, cienki, różowy język wił się po jej twarzy w szalonym tańcu, gdy się śmiała.Yven cień rozkładał kilkunastu ludzi na łopatki za jednym zamachem, przenikając przez podłogę, ściany, sufit.Czarne oczy nieustannie zmieniały położenie.Ciemne dłonie rzucały nożami w każdą stronę świata.Strażnicy, żołnierze, i szlachcice pierzchali jak mysz do nory, niektórzy z nich cucili swe małżonki i inne damy.Cera pazurami lwa rozdrapywała twarze, broniąc królową.Jeden z rycerzy zarzucił na swe lico stalową maskę, jednak porządny koński kopniak unicestwił go.Gdy wydało się pozornie bezpiecznie, trójka łowców zbliżyła się ku kobiecie siedzącej na ziemi.
-Dziękuję -powiedziała drżącym głosem- Chrońcie Visennę, nie dajcie jej zginąć.I mnie wkrótce zetną lub spalą.Niech wola bogów się dzieje, byleby moja córka przetrwała! -podała Cerze zawiniątko- Jesteście magami ale nie potępiam tego.Macie dobre dusze.Uratujcie ją.Dajcie jej magiczny chrzest.Naucz jej sztuki magii Cerydwenno, jakąkolwiek by otrzymała.
-Dlaczego ja? - właśnie, dlaczego Cera, a nie najlepszy mag jaki istnieje?Mogła kazać takiego znaleźć, ale wybrała właśnie ją.
     Królowa nie zdążyła odpowiedzieć.Jej gardło przebiła czarna, rzeźbiona włócznia.Rzucił ją niedobitek z bitwy, umazany krwią, ledwo trzymający się na nogach.Cera wykrzyczała pytanie jeszcze raz.Kobieta ostatkiem sił dotknęła jej oczu, chcąc powiedzieć 'przez nie', jednak zamiast tego powiedziała tylko
-Chrońcie ją -spoglądając w różnobarwne tęczówki Cerydwenny.

wtorek, 9 czerwca 2015

Rozdział 0

     Przydrożne karczmy nigdy nie świeciły pustkami.Szczególnie w dni takie jak dzisiaj, kiedy z całego kraju napływały tysiące ludzi.Wszystko za sprawą jednego, małego człowieczka -nowonarodzonej księżniczki, którą para królewska ma zamiar przedstawić.Chorążowie państwa Rugijskiego przybywają na ucztę udowadniając swą wierność, i korzystając z okazji do wychylenia kielicha.Jak na każdej większej uroczystości ktoś zginie.Ale kto?
-Obstawiam kogoś z pogranicza -krzyknął ze śmiechem mężczyzna, rzucając miedzianą monetę na stół.- Najlepiej tego lorda z ohydną mordą, który zawsze krzywi się na widok trupów. -towarzystwo ryknęło, ktoś stłukł kufel, zagrała muzyka.
     O stosik monet stuknął nowy pieniążek.
-Nie, ten lord jest zbyt ważny dla wszystkich.On trzyma w garści granice państwa.-na chwilę gwar ucichł.- Sztuka srebra na Lorda Heymonta.Wiecie, tego z wiochy pod górami.-długowłosa dziewczyna uśmiechnęła się.
     Gdy przechodziła w głąb karczmy, klepano ją w plecy, ustępowano miejsca przy ławie, każdy się cieszył na jej widok.Natychmiast napełniono jej kufel i podano jadło.
-Witaj, Cera! Jak układają się twoje sprawy?
-W porządku, znalazłam dziś przypadkiem całkiem dobrego wierzchowca.
     Ściślej mówiąc, zwierzę było odebrane rycerzowi, którego chwilę wcześniej zabiła.Chwytanie osób wyjętych spod prawa to niezbyt urokliwa praca.Szczególnie, gdy ci są cichymi zabójcami i łupieżcami, którzy mają wszędzie wtyki oraz przyjaciół.Biada wszystkim rycerzom.Znajomy karczmarz zdążył ją poinformować o zagrożeniu nim zasiadła pod ścianą, w najgłębszym kącie bez ucieczki.
-Wiesz, że nie o to pytam.Uda ci się dzisiaj zakraść do zamku, by zobaczyć tego bachora?
-Oczywiście, dlaczego by nie?Może nawet go wykradnę. -rzuciła z uśmiechem.
     W tym samym momencie do środka wszedł rycerz Gwardii Królewskiej.Mam nadzieję, że to nie po mnie.Najwidoczniej właściciel myślał tak samo, ponieważ spojrzał na nią wymownym wzrokiem.
-Flays, on jest rycerzem królowej.A wiesz co to oznacza? -szepnęła- Perłowy koń.-i wybiegła z karczmy.
-Co za dziewczę.Wiadomo, że dama z niej żadna, ale zrabowała już chyba połowę rugijskich wierzchowców! -zaśmiał się głośno.
-Powiadają, że ma sto twarzy zwierzęcych.
     Spod ściany wysunął się cień.Mężczyzna, około czterdziestu lat, ze skórą tak twardą, jakby była wygarbowana.Miał krótki zarost, nadal gęste włosy, niski głos.Odziany był w lniane ubrania nakryte kolczą koszulą, a na pasie zawieszony miecz i sztylet.
-Niedługo te twarze zostaną jej odebrane -powiedział cicho- Odebrane, rozumiecie?!Niedługo Cerydwenna padnie swą własną ofiarą!A potem spali także was! Zmieni się w smoka, a jej ciało buchające żarem zacznie się zwęglać!-teraz darł się na całą karczmę.Widocznie gościom, a szczególnie stałym bywalcom się to nie spodobało.Dwóch rosłych chłopów ruszyło szybkim krokiem ku niemu.Ten w obawie o życie wyciągnął miecz -jednak zrobił to tak nieudolnie, że uderzył rękojeścią w ścianę, a ostrze wysunęło się tylko do połowy.Zrezygnował z miecza i sięgnął po sztylet.Ze strachem i drżącymi dłoniami cofał się co raz bardziej w stronę wyjścia, jednak drzwi zastawił jeden z pobratymców chłopów.
-Flays -powiedział jeden z nich- Wieszać?
-Ku przestrodze. -rzucił, a potem dodał z obrzydzeniem- Tylko nie obok wejścia.Bardzo nie lubię zapachu zgnilizny.